Kenia

Relacja z podróży Kenia

Zdjęcie użytkownika gucia
od Aleksandra
Zarejestrowany od: 07-07-10
Przeczytano:
436 razy
Wiek:
26-30
Czas podróży:
sierpień 08

Pamiętnik z podróży: o tym jak uratowałam koledze życie


Gdy rozmawiając z jakąś osobą, Błażej wypowiada słowa, „Ola uratowała mi kiedyś życie”, najczęstsza reakcja to niedowierzanie. Następnie pada kolejne zdanie, „a po swoim bohaterskim czynie, stwierdziła że musi kupić cegły i zostawiła mnie obłożnie chorego na pół dnia”. Jest to nieprawda lecz rozluźnia atmosferę gdyż, powoduje wybuch śmiechu i niepotrzebny patetyzm chwili znika jak ręką odjął, zamieniając rangę moich czynów z heroizmu w przyjacielska przysługę.

Jakiś czas temu, pracowałam w Kenii nadzorując adaptację kilku klas szkolnych na potrzeby laboratoriów komputerowych oraz budowę centrum IT dla lokalnej społeczności. Moi dwaj koledzy, podróżujący w tym samym czasie po Afryce Wschodniej, postanowili mnie odwiedzić. Motywowani chęcią zobaczenia koleżanki jak również, a może przede wszystkim, faktem wyczerpania środków finansowych, zamieszkali ze mną przez dwa tygodnie stając się wolontariuszami ad hoc w projekcie, który koordynowałam. Gdy ja nadzorowałam prace robotników, kupowałam piasek, cegły, negocjowałam cenę instalacji elektrycznej, oni: sprzątali, gotowali obiad, od czasu do czasu robili mi pranie, a z czasem opisywali projekt i pozornie nieciekawe życie w Sega.

Gdy jednego wieczoru wróciłam do domu, Błażej słabym zakatarzonym głosem oznajmił, że jest chory. Była sobota wieczór, więc chwilę po opisaniu swojego stanu zdrowia, dodał, „ale wytrzymam do poniedziałku… „ Niewiele myśląc poszłam poprosić o pomoc naszego sąsiada, księdza, szczęśliwego posiadacza dwóch samochodów osobowych. Nie-bezinteresowny John, zgodził się zawieźć nas do szpitala, o ile wcześniej wstąpimy na stację benzynową i dokonam zakupu kilkunastu litrów benzyny do jednego ze wspomnianych wcześniej pojazdów. Po kilkudziesięciu minutach majestatycznie celebrowanej jazdy księdza, dotarliśmy w końcu do szpitala. Po oględnym badaniu – w końcu biały w Afryce na 99% ma malarię, a była sobota wieczór, Błażejowi zaaplikowano dwa zastrzyki, po których… nie mógł wstać. Poruszony nie-bezinteresowny John podjechał bliżej, by skrócić drogę Błażeja do samochodu.

Parę godzin później mój kolega poczuł się lepiej – mógł chodzić. Parę litrów soków, parędziesiąt tabletek, parę dni odpoczynku i paręset metrów pchania samochodu (taki sposób na przyśpieszoną rekonwalescencję, wymuszony potrzebą chwili) i Błażej wrócił do żywych.

Warto jednak zaznaczyć, że na malarię się nie umiera, pod warunkiem że nie czeka się do poniedziałku…
Zgłoś nadużycie